Poznaj kogoś Suppi - Ogród nad Bzurą

Pani Zenona pokazuje ogród bez upiększania: z pracą, błędami, cierpliwością i codziennością. W rozmowie opowiada o naturze, „szpitaliku dla roślin” i wsparciu od odbiorców.
Nie każdy ogród w internecie wygląda tak samo. U Pani Zenony nie ma miejsca na udawanie, idealne kadry i opowieść o tym, że wszystko zawsze rośnie jak z obrazka. Jest za to prawdziwa ziemia, codzienna praca, błędy, cierpliwość i ogromne doświadczenie, które nie zostało zamknięte tylko we własnym ogródku. W tej rozmowie Pani Zenona opowiada o tym, skąd wzięła się potrzeba dzielenia się ogrodniczą wiedzą w sieci, dlaczego od początku chciała pokazywać wszystko bez upiększania i co daje jej największą satysfakcję - zarówno w pracy z roślinami, jak i w kontakcie z ludźmi, którzy wracają do jej filmów po poradę, spokój albo zwykłą, znajomą normalność.
Pani Zenono, ogród w Pani wydaniu nie wygląda jak dekoracja do zdjęć, tylko jak miejsce, które naprawdę żyje. Skąd wzięła się potrzeba, żeby pokazywać to właśnie w internecie?
Pani Zenona: Mam już swoje lata i wiem, że różnie to w życiu bywa. W internecie jest od groma pięknych, ale czasami też sztucznych, wyreżyserowanych kadrów, a ja chciałam pokazać młodym ludziom, jak wygląda prawdziwy kawałek ziemi. Taki kawałek ziemi, w którym czasem coś uschnie, a czasem się uda. Potrzeba wzięła się z chęci przekazania wiedzy i miłości do natury - uznałam, że szkoda, aby te wszystkie lata doświadczeń po prostu przepadły bez śladu. Poza tym w moim wieku, na emeryturze, mam sporo wolnego czasu.
W Pani treściach jest dużo konkretu, ale też sporo zwykłej codzienności. Czy od początku wiedziała Pani, że chce pokazywać ogród bez upiększania i bez udawania, że wszystko zawsze wychodzi idealnie?
Pani Zenona: Od samego początku wiedziałam, że albo pokazuję to w 100% prawdziwie, albo wcale. Mam wrażenie, że ludzie są już zmęczeni idealnym światem, szukają prawdy i takiej naszej, polskiej zwyczajności. Wiedziałam, że żeby dotrzeć do ludzi, nie potrzebuję wychodzić do ogrodu wyjściowo ubrana, ze zrobionymi paznokciami i pokazywać tylko tych ładnych kadrów.
Ogród potrafi dać ogromną satysfakcję, ale też regularnie testuje cierpliwość. Co najbardziej uczy Panią ta praca z ziemią, roślinami i sezonowością?
Pani Zenona: Przede wszystkim uczy pokory. Można mieć najlepszy plan, najdroższe nasiona, a potem przyjdzie niespodziewany przymrozek, susza albo grad, i trzeba zaczynać od nowa. Ziemia uczy, że nie na wszystko w życiu mamy wpływ. Trzeba robić swoje, najlepiej jak się potrafi, a resztę po prostu zostawić naturze. Oczywiście, jeśli mogę czemuś zapobiec, to staram się to robić, ale jak wiadomo - nie wszystko da się przewidzieć.
Jak wygląda Pani dzień w sezonie? Taki zwykły, bez romantyzowania - co naprawdę trzeba ogarnąć od rana, zanim widz zobaczy gotowy efekt na filmie?
Pani Zenona: Wstaję bardzo wcześnie, jak to się mówi „z kurami”. Zanim ktokolwiek zobaczy gotowy film i zanim w ogóle zaczniemy coś nagrywać, ja muszę zrobić obchód. Trzeba podlać rośliny, zanim słońce zacznie mocno grzać, sprawdzić, czy nie pojawiły się jakieś szkodniki, powyrywać chwasty. To jest głównie fizyczna praca. Dopiero po tym „brudnym” etapie przychodzi czas na kamerę i cieszenie się widokiem.
Gdyby miała Pani odczarować jeden mit o ogrodnictwie, który najbardziej irytuje albo śmieszy, to co by to było?
Pani Zenona: Chciałabym odczarować mit o tak zwanej dobrej ręce do roślin. Ludzie myślą, że to jakaś magiczna moc, z którą trzeba się urodzić, i jak jej nie mają, to nic im nie urośnie. Według mnie to nieprawda. To po prostu uważność, systematyczność i wyciąganie wniosków z własnych błędów. Jeśli komuś rosną piękne pomidory, to nie z powodu dobrej ręki, tylko dlatego, że poświęcił im czas i zrozumiał, czego ta roślina potrzebuje, żeby rosnąć i dawać plon.
Czy jest taka roślina, warzywo albo ogrodowa czynność, którą każdy przecenia… i taka, którą większość ludzi niepotrzebnie się stresuje?
Pani Zenona: Według mnie ludzie stresują się niepotrzebnie przycinaniem roślin. Boją się uciąć gałązkę, żeby nie „zrobić krzywdy” drzewu czy krzewowi. A prawda jest taka, że rośliny są mądrzejsze od nas - po solidnym i prawidłowym cięciu zazwyczaj odżywają i rosną ze zdwojoną siłą. Jest oczywiście też wiele roślin, które wspaniale radzą sobie bez ingerencji sekatora, ale tutaj znowu najważniejsze są wyczucie i wiedza na temat konkretnej rośliny.
Na Pani profilu pojawia się też taki piękny motyw „szpitalika dla roślin” - czyli dawania drugiego życia tym, które dla wielu osób wyglądałyby już na stracone. Skąd wzięło się u Pani takie podejście?
Pani Zenona: Jestem z pokolenia, które niczego lekką ręką nie wyrzucało, jeśli można było to naprawić. Dotyczyło to ubrań, domowych sprzętów no i też wszystkich żywych stworzeń. Wszystko należało szanować - tak zostałam wychowana. Kiedy widzę wyrzuconą pod śmietnik albo uschniętą w markecie roślinkę, to po prostu serce mi się kraje. Każde życie zasługuje przecież na drugą szansę i trochę cierpliwości.
Czy ratowanie roślin, które na pierwszy rzut oka wydają się nie do odratowania, daje większą satysfakcję niż pielęgnowanie tych, które od początku rosną bez problemu?
Pani Zenona: Zdecydowanie tak. Kiedy sadzi się mocną sadzonkę, to można tylko patrzeć, jak sobie radzi i rośnie. Ale kiedy weźmie się takiego „biedaka”, zżółkniętego, z jakąś zarazą i z przesuszoną ziemią, i po długich tygodniach opieki on nagle wypuszcza nowy, zielony listek - to jest prawdziwa radość. Daje mi to o wiele więcej szczęścia, bo wiem, że moja praca dała tej roślince nowy start.
Jak reagują ludzie na Pani treści? Bardziej przychodzą po konkretną poradę, czy po klimat, spokój i to poczucie, że ten ogród naprawdę istnieje, a nie jest tylko ładnym kadrem?
Pani Zenona: Myślę, że w moich filmach dostają i jedno, i drugie. Wielu młodych ludzi szuka porady, zadają mi pytania w komentarzach i wiadomościach, bo dopiero zaczynają swoją przygodę z ogrodem i brakuje im tej wiedzy, którą kiedyś w domach przekazywały mamy i babcie. Ale równie często czytam w komentarzach, że ludzie po prostu włączają moje filmy, żeby odpocząć, że bardzo miło im się słucha mojego głosu. Moi widzowie też często wspominają, że przypominam im babcię. Dla mnie to wiele znaczy - cieszę się, że ten mój ogród nad Bzurą jest dla nich ucieczką od pędzącego świata i wspomnieniem dzieciństwa.
W cyklu „Poznaj kogoś Suppi” zawsze pytamy też o wsparcie: czym jest dla Pani wsparcie odbiorców? Bardziej motywacją, sygnałem, że to, co Pani robi, ma sens, czy może czymś jeszcze innym?
Pani Zenona: Dla mnie to wsparcie jest czymś niesamowitym. Kiedyś nigdy bym nie pomyślała, że ktoś obcy może tak po prostu wysłać mi pieniądze na jakieś moje nowości do ogrodu. Bezinteresownie, po prostu w geście podziękowania za to, co przekazuję w filmach, i żeby mnie wesprzeć. Jestem za tę możliwość bardzo wdzięczna. Ale lepsza jest ta świadomość, że ktoś na drugim końcu Polski dzięki moim radom posadził i zjadł własną truskawkę. To daje mi ogromną siłę do tego, żeby rano wstać z łóżka, wziąć grabie i wyjść do ogrodu.
Gdyby miała Pani jednym zdaniem zachęcić kogoś do rozpoczęcia własnej przygody z ogrodem, ale tak bez lukru i bez „wszystko będzie pięknie”, to co by Pani powiedziała?
Pani Zenona: Powiedziałabym tak: „Własny ogród na pewno pobrudzi Ci ręce, połamie paznokcie i nieraz doprowadzi do łez, ale w zamian da Ci taki spokój w głowie i taką satysfakcję, jakich nie kupisz za żadne pieniądze”.
W tej rozmowie najmocniej zostaje chyba to, że ogród w wydaniu Pani Zenony nie jest ani dekoracją, ani modą, ani internetowym projektem do ładnego oglądania. To kawał prawdziwego życia, w którym jest miejsce i na pracę, i na błędy, i na cierpliwość, i na radość z rzeczy pozornie małych — nowego listka, uratowanej rośliny czy własnej truskawki zjedzonej dzięki czyjejś radzie. Ogród nad Bzurą przyciąga właśnie dlatego, że niczego nie udaje. Może właśnie dlatego tak dobrze się tu wraca.
☕ Wesprzyj Panią Zenonę w pracach ogródkowych stawiając kawę tutaj!
Chcesz poznać więcej inspirujących historii? Śledź nasze profile na Facebooku i Instagramie, by być na bieżąco z nowymi wywiadami i nie przegapić niczego wyjątkowego