Poznaj kogoś Suppi - Julia Mikuła

Julia Mikuła o pisaniu z impulsu, wspólnym projekcie z Kukonem i muzyce, której nie da się oddzielić od życia. O emocjach, procesie i społeczności, która naprawdę słucha.
Muzyka Julii Mikuły powstaje z potrzeby, a nie z planu. To zapis relacji, emocji i momentów, które wydarzyły się naprawdę – od pierwszych nagrań na mikrofonie od słuchawek po wspólny projekt z Kukonem. W tej rozmowie opowiada o tym, kiedy przyznała przed sobą, że robi muzykę na serio, jak wygląda jej proces twórczy i dlaczego autentyczność jest dla niej ważniejsza niż jakakolwiek strategia.
Pamiętasz moment, w którym muzyka przestała być „czymś obok”, a zaczęła być czymś, co naprawdę chcesz robić na serio?
Julia: Od dziecka miałam gut feeling, ale ku zaskoczeniu - dopiero niedawno przyznałam się sama przed sobą, że chcę i robię to na poważnie. Wcześniej chyba bałam się określić, żeby nie stawiać ograniczeń. Ostatnio okazało się, że muzyka nigdy nie miała zamiaru mnie blokować. Wręcz przeciwnie.
Jak wyglądały Twoje początki - pierwsze numery, pierwsze nagrania, pierwsze decyzje, żeby pokazać to światu?
Julia: Zaczęłam robić muzykę, bo brakowało mi środków wyrazu w codzienności. Byłam kochliwą nastolatką. Nie myślałam wtedy o karierze, zawodzie w kontekście pracy - a o zawodach w relacjach. To one przemawiały przez najwcześniejsze utwory. Pierwszą polską piosenkę pisałam z dużym zaangażowaniem, z potrzebą ulokowania emocji, nie myślałam nawet o publikacji, los jest jednak przewrotny i parę lat później wylądowała na „DRAMAT.”, pod tytułem „będziemy mieć dom, malutki dom”.
Jeszcze wcześniej pisałam po angielsku. Na Patronite można nawet posłuchać mojego utworu „I am here”, nagrywanego na mikrofonie od słuchawek. Opublikowałam go pod wpływem impulsu. Dla siebie.
Kiedyś pojawiłaś się gościnnie u Kukona. Jak wspominasz ten moment i co on dla Ciebie wtedy znaczył jako artystki?
Julia: Jeśli mowa o DRAMACIE. to nie była to gościnka, a wspólna produkcja. Część beatów jest również moją kompozycją, jak np. „wrześniowe pomarańcze”. Cały projekt tworzyliśmy razem.
W tamtym momencie nie dochodziło do mnie, co właściwie się dzieje. O poranku wylałam kawę na łóżko i powiedziałam „to będzie okropny dzień” - parę godzin później okazało się, że robimy razem album. Od tamtej pory uśmiecham się, gdy coś rozleję.
Z jednej strony czułam zaskoczenie, z drugiej - że właśnie tak ma być. To był romans z przeznaczeniem, w które nawet nie do końca wierzyłam. Znaczenie zaczęło rosnąć wraz z czasem. Chyba najbardziej wzruszające były paradoksy. „wrześniowe pomarańcze” istniały wcześniej w mojej solistycznej wersji, pisząc je mówiłam: „to nikomu się nie spodoba, robię to dla siebie” - a później stały się przepustką do kontaktu z Kubą. Podobnie z „malutkim domkiem”, który był pisany dla tej jednej osoby, a nie prawie 17 milionów wyświetleń. Jest w tym coś rozczulającego. Dziękuję.
Co w Twojej muzyce jest najbardziej Twoje - coś, czego nie dałoby się łatwo oddzielić od Ciebie samej?
Julia: Prawdopodobnie to będzie bardzo cliché, ale nie wyzbędę się: prawdy. Po prostu. Tworzę z powodu bycia. Mogę nie zgadzać się z realiami, mogę wyobrażać sobie, że funkcjonuję w innej rzeczywistości, mogę polemizować z codziennością, ale to wszystko, to autentyczność. Choć kiedyś wydawało mi się, że to możliwe - nie mogę oddzielić siebie od siebie. Jeśli mnie słuchasz - zawsze odtwarzasz muzykę, która odtwarza moje przestrzenie.
Jak dziś patrzysz na swoje starsze numery? Bardziej z sentymentem czy z myślą „zrobiłabym to inaczej”
Julia: Mała Jula bardzo bała się, że ta starsza będzie rozbawiona jej wrażliwością, wyzwaniami, smutkami, celebracjami. Wobec tego zawarłyśmy pakt, że nigdy nie osądzamy się nawzajem. Czy teraz zrobiłabym coś inaczej? Zdecydowanie nie zrobiłabym tak samo, bo jestem już po danych doświadczeniach, a nie w ich trakcie. Jednocześnie nic bym nie zmieniła. Jestem z siebie dumna. Moje numery to zapisane historie, ludzie, emocje, myśli, wydarzenia - a choć wiele z nich nie dawało mi satysfakcji, zawsze działało rozwojowo.
Jak wygląda u Ciebie proces pisania - to bardziej łapanie chwili czy siadanie z konkretną intencją
Julia: Czasami to intencjonalna chęć robienia muzyki, czasami potrzeba wyrażenia tego, co w danym momencie krzyczy, szepcze, woła. Jednak rzadko jest to warsztatowe. Zazwyczaj tworzę kompozycję instrumentalną sama czy z producentem, włączam mikrofon i zaczynam śpiewać, nie wiedząc jakie słowa ze mnie wyjdą. Melodie i teksty układają się naturalnie w czasie rzeczywistym. To dla mnie - powiedzmy - transcendentne doświadczenie. Podążam za impulsem, a dopiero po odsłuchu dbam o detal.
Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w byciu niezależną artystką: tworzenie, konsekwencja, logistyka czy godzenie muzyki z resztą życia?
Julia: Umiem prowadzić auto i dojadę sama do celu, ale za bardzo boję się tego, co po drodze może się wydarzyć. Tak samo jest u mnie z działaniami około muzycznymi, to jest: promocją, mediami, networkingiem. Dobrze jest mieć kogoś „na pasażerce”, kto zamieni cię, gdy będziesz zmęczona podczas długiej podróży. Proces twórczy to dla mnie zjawisko organiczne. Logistyki dopiero się uczę, więc wydaje się najtrudniejsza. Ale jednocześnie dzięki temu się rozwijam. Postawiłam sobie za cel, robić to czego się obawiam.
Wyzwanie pojawia się też w słowie „niezależna”. Nie odnoszę wrażenia, że tak jest. Odbieram wpływ: otoczenia, reakcji odbiorców, swoich myśli, możliwości. Myślę, że jesteśmy bardzo zależni, ale to nie musi być pejoratywne. Często posługuję się zdaniem „robimy to razem”. Od interakcji blisko do inspiracji.
Jak reagujesz na moment, kiedy ktoś naprawdę „łapie” Twoje teksty i pisze, że one coś w nim poruszyły?
Julia:Jeśli ktoś odnajduje skrawek siebie w mojej twórczości, to znaczy że mamy coś wspólnego. To daje poczucie przynależności, kolektywności. W tym samym momencie dodajemy wartości wytworowi. Nagle z konkretnej historii, jeden utwór staje się wielowymiarową opowieścią o niejednym z nas. Moje teksty, brzmienia, piosenki to przechadzka od dialogu ze sobą, przez zespół współprodukujący, aż po rozmowę z odbiorcą.
Masz wokół siebie społeczność, która chce Cię wspierać. Co dla Ciebie znaczy taka forma wsparcia - bardziej emocjonalnie czy też bardzo praktycznie?
Julia: 50/50. Wsparcie to też wymiana praktycznego działania, materializacja, fizyczność. Jednocześnie kłamstwem byłoby stwierdzenie, że to tylko to. Dla mnie support to korelacja, a przede wszystkim wielotorowość. To wszystkie wiadomości, komentarze, rozmowy, koncerty - obecność; to także wyświetlenia, „kliki”, liczby odsłuchań. Obecnie społeczność, która zgromadziła się wokół mojej twórczości jest bardzo rodzinna, przyjacielska. Działają warstwowo - często pomagają mi promować moją muzykę, udostępniać ją dalej, ale też skupiają się na własnym doświadczeniu, dają obszerny feedback, chwilami dzielą prywatnością. Uważam, że utrzymywany jest balans i jestem za niego ogromnie wdzięczna.
Gdybyś mogła cofnąć się do siebie sprzed kilku lat i powiedzieć jedną rzecz o robieniu muzyki - co by to było?
Julia: Wszystko płynie dokładnie w takim kierunku, w jakim powinno. Nie musisz nic zmieniać, ale jeśli chcesz - zajmij się sobą, cokolwiek to dla Ciebie teraz znaczy. Czasem wylana kawa jest zwiastunem sukcesu. Tak samo jak kryzys, może być momentem rozwoju. Jestem z Ciebie dumna i dziękuję.
Z tej rozmowy zostaje przede wszystkim poczucie, że muzyka Julii jest przedłużeniem jej codzienności – bez oddzielania sceny od życia. To historia o zaufaniu do własnego procesu, o uczeniu się logistyki krok po kroku i o społeczności, która współtworzy znaczenia jej utworów. A także o tym, że nawet wylana kawa potrafi okazać się początkiem czegoś dobrego.
☕ Wesprzyj Julię stawiając kawę tutaj!
Chcesz poznać więcej inspirujących historii? Śledź nasze profile na Facebooku i Instagramie, by być na bieżąco z nowymi wywiadami i nie przegapić niczego wyjątkowego!